Zapraszam na kolejną notkę z
rowerowo- niedzielnego wypadu w góry. Kolejną, bo już kilka
opublikowałem w sieci wcześniej, jednakże na moim blogu jest to pierwsza
relacja, jednak mam nadzieję, że nie ostatnia. Pewnie dla odmiany
chcielibyście
przeczytać, że była nuda, kiepskie towarzystwo, brak widoków . Nic z
tego! Towarzystwo dopisało. Z głównego składu naszej ekipy ( MTB Śląsk
Cieszyński ) na starcie
stawiły się tylko trzy osoby ( z przyczyn od nas zależnych i
niezależnych nie było nas więcej, ale w wakacje ludziska się rozjeżdżają
po świecie itp...) Co cieszy nas niezmiernie, pojawiły się nowe
twarze, dzięki czemu pojawiła się również szansa na kolejnych
zapaleńców zarażonych kręceniem po górach! A co do przebiegu wycieczki:
Start z Cieszyna i od razu coś nowego, czyli przyjemny singielek wzdłuż
granicy, którym dotarliśmy do asfaltu w najwyższym punkcie Puńcowa ( w
tę stronę jest tak samo przyjemny jak w kierunku odwrotnym) i dalej do
głównej drogi na Trzyniec. Szybka jazda asfaltem. Marek pokazał nam w
Trzyńcu świetne miejsce na wypad z dzieciakami. Rozbudowany plac zabaw, z
możliwością rozegrania fascynującej partii minigolfa. Dalej, jak na
każdej górskiej trasie, góra dół, góra dół... i tak aż do Kozubowej. Tam
tradycyjna kofola lub piwo, a nawet mieszanka obu napojów ( całkiem
smaczna). I w tym miejscu zaczęła się właściwa zabawa. W trakcie popasu
na Kozubowej zaczął padać lekki deszczyk, były też grzmoty i to niezłe!
Ale co tam deszczyk, jak rower pod tyłkiem, liczy się tylko dobra
zabawa.W każdym facecie coś z dzieciaka podobno zostaje, więc wzorem
dzieciaków z przedszkola zaliczyliśmy każdą kałuże i większe błotko,
jakie napotkaliśmy. Byli i tacy, którzy błotko musieli dotknąć własnymi
rączkami. Jeden z uczestników wycieczki, ciesząc się z rozbryzgów
błotnej mazi w trakcie przejeżdżania przez jedną z takich atrakcji, nie
docenił jej głębokości, w wyniku czego zaorał nosem w dnie tego
mulistego zbiornika :D Po trasie przydarzyły się dwa "flaki",
sprawnie naprawione przez grono fachowców ;) Kolor jednej z dętek
zapasowych odrobinę nas zaskoczył ( widać ją na fotkach ).
Zastanawialiśmy się w jakim może być smaku, ale nikt nie odważył się
skosztować :D Zaliczyliśmy Ropiczkę a na Šindelni rozdzieliliśmy się.
Stara gwardia ruszyła dalej na Pasivą, a "nowe twarze" z powodu
zobowiązań wszelakich ruszyły do domu. Mam nadzieję, że szczęśliwy i
zadowoleni z wyjazdu na tyle, żeby z radością stawić się na starcie
następnych wypraw. Zobaczymy. A my.. . coby troszkę się dobić
zwiększyliśmy tempo i czerpiąc radość z bólu nóg i palącego pieczenia
mięśni, a także z niezauważalnych utrudnień w postaci słabej
przyczepności na mokrej trasie dotarliśmy do Chaty Prašivá i po kolejnej
kofoli biegusiem do żon, dziewczyn, dzieciaków. Wyszaleliśmy się na
tyle, żeby nasze rodzinki były w stanie te kilka dni z nami wytrzymać do
czasu kolejnego kręcenia w terenie :D

Plik GPX z trasą opisanej wycieczki.
Dodatkowe zdjęcia w od Marka dostępne są pod adresem :
https://
Mario, dzięki!






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz